Od gliny do światła — jak powstają moje lampy ceramiczne
Pomysły na lampy najczęściej przychodzą do mnie z natury. Czasami wystarczy jakiś kształt, linia, faktura albo fragment rośliny, który zwróci moją uwagę. Innym razem pomysł pojawia się zupełnie niespodziewanie, w momencie, w którym wcale się go nie spodziewam.
Wtedy najważniejsze jest jedno — żeby go nie zapomnieć.
Dlatego rysuję. Czasem szybko przenoszę pomysł na kartkę kilkoma kreskami, czasem zapisuję go słowami. Nie zawsze jest to piękny szkic. Czasami to tylko kilka notatek, zarys kształtu albo opis tego, co zobaczyłam w swojej wyobraźni. Ale właśnie od takich drobnych zapisków często zaczyna się później nowa lampa.
Wszystko zaczyna się od kawałka gliny
Lampy powstają z różnych rodzajów gliny, ale najczęściej wybieram glinę szamotową z dużymi drobinkami szamotu. Lubię ją za jej charakter i za to, że pozwala mi budować stabilne, rzeźbiarskie formy.
Nie korzystam z form. Każdą lampę buduję od początku ręcznie.
Najczęściej zaczynam od wałeczków gliny. Trochę jak przy kulaniu kopytek. Kolejne kawałki dokładam, łączę ze sobą i powoli buduję całą bryłę. W pewnym momencie przestaję już myśleć o niej jak o kawałku gliny. Zaczyna pojawiać się forma.
Lubię ten moment, kiedy coś, co jeszcze przed chwilą było tylko pomysłem na kartce, zaczyna naprawdę istnieć.
Forma rośnie w moich rękach. Czasami dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażałam. Czasami zupełnie inaczej.
I chyba właśnie to lubię w ceramice najbardziej — że nie wszystko można zaplanować.
Glina też ma coś do powiedzenia
Podczas pracy cały czas muszę pamiętać, że glina będzie się zmieniać.
Kiedy schnie, kurczy się. Dlatego już podczas budowania lampy trzeba przewidywać, jak będzie wyglądała po wysuszeniu. Niektóre proporcje trzeba zrobić odrobinę większe, niektóre elementy odpowiednio zaplanować. Szczególnie ważne jest to wtedy, gdy we wnętrzu lampy mają później znaleźć się konkretne komponenty.
Kiedy forma jest gotowa, przychodzi czas na wygładzanie i detale. To etap, w którym mogę się zatrzymać i dokładniej przyjrzeć temu, co powstało. Poprawiam powierzchnię, dopracowuję szczegóły, czasami coś zmieniam.
Nie zawsze od razu wiem, kiedy forma jest naprawdę skończona.
Czasami trzeba odejść od niej na chwilę, spojrzeć z innej perspektywy i dopiero wtedy zdecydować, że właśnie tak ma zostać.
Suszenie — czas, którego nie da się przyspieszyć
Potem przychodzi jeden z najbardziej wymagających etapów — suszenie.
To moment, kiedy właściwie niewiele mogę już zrobić. Trzeba pozwolić glinie spokojnie wyschnąć i mieć nadzieję, że wszystko przebiegnie dobrze.
Glina podczas suszenia kurczy się, a źle prowadzone suszenie może spowodować naprężenia i pęknięcia. Dlatego cierpliwość jest tutaj równie ważna jak umiejętności.
Po wysuszeniu lampę mogę jeszcze delikatnie wyszlifować papierem ściernym. Wyrównuję podstawę, żeby lampa stabilnie stała, a także sprawdzam wnętrze. Muszę mieć pewność, że po wszystkich wypałach finalne komponenty będą mogły bezproblemowo znaleźć się w środku.
To trochę jak przewidywanie przyszłości — pracuję z formą, która jeszcze się zmieni.
Pierwszy ogień
Kiedy lampa jest całkowicie sucha i odpowiednio przygotowana, trafia do pieca na pierwszy wypał — na biskwit.
To kolejna wielka zmiana.
Pod wpływem wysokiej temperatury glina staje się ceramiką, a jednocześnie ponownie się kurczy. Lampa po wypale na biskwit jest więc mniejsza niż ta, którą wcześniej przez wiele godzin budowałam i wygładzałam.
Za każdym razem jest w tym coś fascynującego. Przed włożeniem do pieca dokładnie wiem, jak wygląda moja praca. Po wypale materiał jest już inny.
Po wyjęciu biskwitu dokładnie go myję i ponownie suszę. Dopiero wtedy mogę przejść do kolejnego etapu.
Szkliwienie — tutaj zaczyna się niespodzianka
Mam kilka szkliw, do których szczególnie lubię wracać. Są takie, których efekt znam i wiem, czego mniej więcej mogę się spodziewać. Ale bardzo lubię też eksperymentować.
Bo szkliwo potrafi zaskoczyć.
Czasami nakładam je z konkretnym wyobrażeniem tego, co zobaczę po wypale, a później otwieram piec i okazuje się, że efekt jest zupełnie inny.
I właśnie dlatego ceramika nigdy nie jest dla mnie do końca przewidywalna.
Na końcowy wygląd lampy wpływa wiele rzeczy — rodzaj i kolor gliny, użyte szkliwa, tlenki, które znajdują się na powierzchni, a także to, jakie inne materiały wypalają się razem z nią.
Czasami coś, co miało być tylko eksperymentem, okazuje się najlepszym efektem.
Drugi wypał
Po szkliwieniu lampa po raz drugi trafia do pieca.
To chyba jeden z tych momentów, kiedy jestem najbardziej ciekawa rezultatu. Przez cały proces mam pewne wyobrażenie o tym, jak lampa będzie wyglądać, ale dopiero po drugim wypale naprawdę ją poznaję.
Szkliwo nabiera swojego ostatecznego charakteru, powierzchnia się zmienia, a ceramika ponownie może się skurczyć.
Dopiero wtedy widzę efekt wszystkich wcześniejszych decyzji — tych zaplanowanych i tych zupełnie przypadkowych.
Kiedy ceramika staje się lampą
Na końcu pozostaje jeszcze montaż elementów elektrycznych. Wykonuje go elektryk, wykorzystując komponenty spełniające wymagane normy Unii Europejskiej.
I wtedy następuje moment, który bardzo lubię.
Po wszystkich godzinach spędzonych z gliną, po suszeniu, szlifowaniu, dwóch wypałach i oczekiwaniu na efekt szkliwa, ceramiczna forma zaczyna pełnić swoją właściwą funkcję.
Pojawia się światło.
I nagle patrzę na coś, co jeszcze niedawno było tylko pomysłem zapisanym na kartce.
Niepowtarzalność
Każda moja lampa przechodzi podobną drogę, ale żadna nie przechodzi jej dokładnie tak samo.
Nie wykonuję ich z form. Każdą buduję ręcznie, wałeczek po wałeczku. Każda trochę inaczej reaguje podczas suszenia i wypału. Każde szkliwo może zachować się odrobinę inaczej.
Dlatego nie próbuję sprawić, żeby moje lampy były identyczne.
Wręcz przeciwnie.
Chcę, żeby każda miała własny charakter. Żeby było w niej widać ręce, które ją stworzyły, materiał, z którego powstała, i cały proces, który doprowadził ją od pierwszego pomysłu do momentu, w którym po raz pierwszy rozświetla przestrzeń.
Żadna lampa nie jest taka sama. Każda jest wyjątkowa.